Zanosi się na to, że daninę solidarnościową zapłacą nie tylko najbogatsi, ale my wszyscy. Jest to podatek, którego wprowadzenie zapowiedział premier Mateusz Morawiecki podczas niedawnego protestu osób niepełnosprawnych w Sejmie. Te pieniądze mają być przeznaczone na pomoc dla nich. Tyle, że najpierw trafią do budżetu państwa.

Morawiecki zapowiadał, że 4% podatku solidarnościowego zapłacą ci, którzy zarabiają powyżej 1 miliona złotych rocznie. Kiedy jednak kilka dni temu przedstawiono projekt ustawy w tej sprawie wraz z jej uzasadnieniem, okazało się, że do Funduszu na Rzecz Pomocy Niepełnosprawnym ma trafiać 4% od nadwyżki jaką każdy, kto zarobi miesięcznie więcej niż 83 tysięcy zł. Według wstępnej kalkulacji Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej miało to być ok. 21 tysięcy osób. Tak zapowiedziano w świetle kamer, Ale potem powstał projekt ustawy i jej uzasadnienie...
Oprócz daniny solidarnościowej, o której słyszeliśmy z ust polityków, projekt przewiduje wprowadzenie obowiązkowej składki w wysokości 0,15% podstawy wymiaru składki na Fundusz Pracy od wszystkich osób pracujących, o której już nie powiedzieli politycy Prawa i Sprawiedliwości.
W uzasadnieniu projektu tej ustawy stwierdzono, że te 0,15% będzie wydzielone z dotychczas płaconej składki na Fundusz Pracy (dziś to 2,45% kwoty wynagrodzenia) ale już co innego napisano w samym projekcie.
Jak widać, rząd znowu kręci w tej sprawie, w obawie o swoje straty wizerunkowe. Te 0,15% ma obowiązywać tylko do przeszłego roku. Natomiast od 2020 roku składka na solidarnościowy Fundusz Morawieckiego będzie ściągana z każdej pensji, również tych, którzy zarabiają najniższą krajową. Co więcej, rząd zostawił sobie furtkę w postaci zapisu, który przewiduje, że 0,15% wcale nie musi być kwotą ostateczną, gdyż co roku wysokość tej daniny będzie określała ustawa.
Wynika z tego, że jeżeli będzie taka potrzeba i rządowi będzie brakowało pieniędzy składka od naszych pensji może powędrować dowolnie wyżej. Zapłacą nie tylko najbogatsi, ale również najbiedniejsi. Wszyscy.