Z obliczeń Forum Obywatelskiego Rozwoju wynika, że polski dług publiczny przekroczył bilion złotych. I nic nie wskazuje na to, żeby ta sytuacja miała się poprawić. Od dotychczasowego długu mniej więcej co sekundę zadłużenie rośnie o 1 731 zł, czyli co kilka minut nasz dług jest większy o kolejne 300 tys. zł.

Dług publiczny, a więc zadłużenie, które jest następstwem deficytów budżetowych kolejnych lat, zobowiązań samorządów, a także różnych funduszy pozabudżetowych (np. Funduszu Ubezpieczeń Społecznych), przekroczył okrągły 1 000 000 000 000 zł. Jest to równowartość kosztów, które państwo musiałoby ponieść przez 45 lat na realizację programu 500+.

Ten dług będziemy musieli spłacać wszyscy i to przez wiele pokoleń. Premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher powiedziała kiedyś "nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy." My możemy jednak mieć duże wątpliwości, czy kiedykolwiek nasze długi zostaną spłacone. Przez ostatnie 16 lat zamiast się zmniejszać, nasze długi się potroiły.
Teoretycznie, żebyśmy mogli spłacić cały ten dług, każdy z nas powinien natychmiast przekazać do budżetu 26 338 zł. Oczywiście, tak się nie stanie, bo chyba nikt nie zechce stanąć do takiej społecznej "zrzutki", a tegoroczny budżet pokazuje, że znowu wydatki państwa będą dużo większe niż wpływy. Dochody państwa mają wynosić ponad 325 mld zł, a wydatki 384 mld zł. Poziom deficytu przekroczy zatem 59 mld zł. Jest to swoisty rekord.

Abyśmy mieli punkt odniesienia przypominamy, że słynna "dziura Bauca" z 2001 r. wynosiła 32,4 mld zł, czyli 17 mld zł więcej niż zapisano wtedy w ustawie budżetowej. Minister straszył wówczas, że w 2002 r. deficyt może dojść do poziomu 60 mld zł. Wtedy rząd podał się do dymisji. Obecnie prawie taka sama kwota nie robi żadnego wrażenia na rządzących. Nie wydaje mi się, żeby Polska z tego powodu zbankrutowała, ale szybko rosnący i duży dług publiczny może w końcu doprowadzić do załamania gospodarczego - powiedział Andrzej Rzońca, główny doradca Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Polska jest jednym z nielicznych krajów, które spełniają wymogi Unii Europejskiej w zakresie proporcji długu do PKB. UE dopuszcza zadłużenie na poziomie 60% PKB.  Dla nas jest to 53,8 %. Żeby jednak nie było nam przykro, przypominamy, że często stawiana nam za wzór niemiecka gospodarka jest zadłużona na ponad 70 %.  W Wielkiej Brytanii ten wskaźnik waha się w okolicach 90 %, podobnie jak średnia w całej strefie euro. W Stanach Zjednoczonych, we Włoszech czy Japonii już od dawna te liczby są trzycyfrowe.

Najważniejsza jest bieżąca obsługa długu, a zdaniem ekspertów z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, Polska na razie sobie z tym radzi. Gdy zestawi się wartości nominalne, czyli o ile miliardów złotych przyrastał do tej pory dług państwowy, a o ile PKB, okazuje się, że te relacje nie są złe. Zawdzięczamy to dobrej sytuacji gospodarczej, ale nie można się łudzić, że tak będzie zawsze.  Problemy zaczną się, gdy gospodarka zwolni. Wtedy finanse mogą się już nie bilansować.
Oczywiście, dane ministerstwa finansów robią wrażenie, bo wskazują, że sytuacja finansów publicznych jest niepokojąca, a państwo żyje na kredyt. Ale jest to tylko wierzchołek góry lodowej, bo oficjalne dane nic nie mówią o tzw. długu ukrytym, który według FOR jest trzykrotnie wyższy, bo wynosi 3 bln 246 mld 275 mln zł. Łącznie więc zadłużenie przekracza grubo ponad 4 bln zł, co oznaczałoby, że w porównaniu do PKB przekracza 200 %.

Dług ukryty To m.in. zobowiązania państwa odnośnie przyszłych płatności. W przypadku Polski są to przede wszystkim nabyte prawa do świadczeń emerytalno-rentowych. FOR ostrzegał ostatnio, że w po obniżenia wieku emerytalnego i podniesieniu najniższych świadczeń, dług będzie rósł jeszcze szybciej. Koszty obsługi ukrytego długu publicznego, a więc wypłata wcześniej przyznanych świadczeń, były jednym z czynników, który bardzo przyczynił się do problemów m.in. Portugalii, Grecji czy bankructwa amerykańskiego miasta Detroit.