Jeśli panie zdecydowały się spędzić wigilię Dnia Kobiet na koncercie Jamesa Blunta w Arenie Gliwice na pewno tego nie żałowały. Partnerujący im panowie, również nie mogli narzekać. Melodyjne piosenki, żywiołowo reagująca publiczność i świetna atmosfera to właściwie gotowy przepis na udany wieczór koncertowy. I to sprawdziło się znakomicie!

James Blunt postanowił zaprezentować szerokiej publiczności nową piosenkarkę – Emily Roberts. Wystąpiła ona w Gliwicach tuż przed Brytyjczykiem w roli supportu. Wokalistka z brytyjsko-niemieckimi korzeniami, dla której od najmłodszych lat muzyka odgrywała w życiu pierwsze skrzypce, przyjechała na Śląsk retro busem ze swoją podobizną i wypisaną trasą. Pozytywna i spontaniczna młoda artystka przedstawiła gliwickiej publiczności krótki program, na który złożyły się piosenki o elektronicznym brzmieniu.  - To, że mogę jeździć w trasie z Jamesem Bluntem stanowi dla mnie przeskoczenie na wyższy poziom. On jest moim wielkim idolem i od dziecka słucham jego muzyki. Cieszę się, że tu jestem – powiedziała wokalistka chwilę przed wejściem na scenę.   


Bicie dzwonów z pierwszej piosenki „How it Feet To Be Alive” obwieściło początek koncertu. James – chłopak z gitarą na plecach - pojawił się przed trzema ekranami świetlnymi, przechadzając się po scenie. Po chwili cała konstrukcja poszybowała w górę odsłaniając estradę, a na niej pozostałych muzyków. Publiczność gorąco powitała swojego idola. Oczekiwaną piosenką przez fanów był utwór „The Truth”, pochodzący także z ostatniej, najnowszej płyty Jamesa Blunta „Once Upon a Mind”. Cały album jest bardzo melodyjny i tak naprawdę stanowi powrót do starych sprawdzonych recept na dobrą piosenkę. Bo James Blunt, co podkreślają krytycy, dziennikarze i sama publiczność, należy do gatunku prawdziwych muzyków: śpiewających i grających na scenie bez udziwnień i zbędnych efektów. Nazywany królem ballad i stawiany w jednym rzędzie z Edem Sheeranem w pełni to potwierdził.  „High”, „Goodbye my Lover”, „Carry You Home”, „Monsters”, „Same Mistake” i oczywiście „You’re Beautiful” sprawiły niesamowity nastrój, do którego publiczność w pełni się dostosowała. Śpiewała całe piosenki, świeciła lampkami w telefonie, a nawet tańczyła. Koncert reklamowany jako doskonały prezent dla pań na Dzień Kobiet na pewno podobał się także panom i to wbrew słowom samego artysty, który ze sceny stwierdził, że przyszli tu tylko dla swoich pań i tylko czekają, aż się skończy. – Dla mężczyzn mam bardzo złą wiadomość: zapewne kupiliście bilet dla siebie i swojej żony albo dziewczyny z przekonaniem, że będzie to miły romantyczny gest i że może na koniec tego wieczoru pójdziecie do sypialni i spędzicie romantyczny czas. To się nie wydarzy. Śpiewam tylko smutne piosenki i na koniec tego koncertu wasze żony albo dziewczyny będą tylko płakać, co nie jest wcale seksowne. Naprawdę dla was ten wieczór będzie katastrofą. Ale dzięki, że kupiliście bilety. Jeśli przyszliście jako para, to piosenka „Goodbye   My Lover” jest dla was – stwierdził wokalista z charakterystycznym dla siebie specyficznym humorem. 


Sam James Blunt wydawał się rozluźniony i żywiołowy, popisywał się znajomością pojedynczych słów po polsku, żartował i tryskał humorem. W krótkim wywiadzie przed koncertem przyznał, że cieszy się z powrotu do naszego kraju i wspominał swój poprzedni występ przed dwoma laty w Warszawie. W czasie tamtego wieczoru aż tyle na scenie i ponad nią się nie działo jak teraz. Zmieniające się światła umiejscowione na różnych poziomach, „wędrujące” ekrany ledowe, na których wyświetlano na przemian obraz ze sceny, fragmenty teledysków oraz grafiki – to wszystko okraszone porządną muzyką było dobrze wykonaną robotą. 

 

- Warszawski koncert Jamesa Blunta na Torwarze okazał się sukcesem, ale ten gliwicki przyciągnął jeszcze większą publiczność. To zasługa samego artysty i jego ostatniej płyty prezentującej melodyjne piosenki, których bardzo dobrze słucha się nie tylko na płycie. Usłyszeliśmy też największe hity na czele z „You’re Beautiful”. Rozbawiona publiczność, zadowolony artysta… czego chcieć więcej!? – komentuje Mateusz Pawlicki z agencji Prestige MJM, która przygotowała koncert w Arenie Gliwice.